Dwaj młodzi strażacy-ochotnicy z Żelechowa: 18-letni Łukasz Deres i 19-letni Adam Tuszyński uratowali z pożaru 8-letnią dziewczynkę i jej 30-letniego ojca. Gdyby nie oni, mogłoby dojść do tragedii.
O Adamie pisaliśmy już kilka miesięcy temu. W marcu odebrał tytuł Strażaka Miesiąca Województwa Mazowieckiego. Otrzymał go za to, że w styczniu wyniósł starszą kobietę z płonącego domu. Już raz został bohaterem. Teraz po raz kolejny wykazał się odwagą. Wszyscy strażacy z Żelechowa liczą na to, że Adam zostanie strażakiem roku. Bo ilu wykazuje się takim bohaterstwem? Niektórzy żartują, że dla Adama ratowanie ludzi to niemal chleb powszedni.Był 17 października. Około godziny 22.00 strażacy z Żelechowa zostali powiadomieni o tym, że z jednego z mieszkań w bloku wydobywa się dym. Dzwonił ktoś z sąsiadów. Strażak, który był na miejscu, natychmiast uruchomił syrenę, odpalił samochód i czekał na tych, którzy do remizy przybiegną jako pierwsi. Najszybciej dystans z domu do remizy pokonał Adam. Przybiegł w samych spodniach, bez koszulki. Ubrać się nie zdążył.
Była październikowa, dość chłodna noc, siąpił deszcz. Adam, który leżał już w łóżku, na dźwięk syreny zareagował bardzo szybko. Zaraz po nim dobiegli 18-letni Łukasz i jego 20-letni brat Damian. Wszyscy wsiedli do samochodu. Na miejscu pożaru zjawili się jako pierwsi. Z mieszkania wydobywał się gryzący dym. Ludzie, którzy znajdowali się na miejscu, krzyczeli, że w środku są 8 – letnia dziewczyna i jej 30-letni ojciec. Jako pierwszy maskę tlenową nałożył Adam. Sąsiedzi powiedzieli mu jedynie, żeby poszkodowanych szukał w pokoju naprzeciwko wejścia. Wszedł do środka, ale zadymienie było tak silne, że niewiele widział. Trochę pomagało światło latarki.
Dziewczynkę i jej ojca znalazł na łóżku. Leżeli przytuleni do sobie. Dziewczynka obejmowała tatę za szyję. Widać było, że mężczyzna próbował ją wynieść. Adam najpierw wyniósł 8-latkę. W tym czasie aparat tlenowy założył Łukasz. Obaj weszli po ojca dziewczynki i we dwóch go wynieśli. 6-letni chłopczyk zdążył uciec z domu zanim pożar zaczął się na dobre. Po kilku minutach dojechali również strażacy z Garwolina i pogotowie. Ojciec i dzieci zostali zabrani do szpitala. Mężczyzna odniósł poważne obrażenia – ma poparzone drogi oddechowe.
– Gdyby nie ci strażacy-ochotnicy z Żelechowa, nie byłoby żadnych szans na uratowanie ojca i dziecka – kategorycznie stwierdza mł. bryg. Dariusz Sadkowski, komendant powiatowy Państwowej Straży Pożarnej w Garwolinie. – Przy najlepszych warunkach drogowych dojechanie do Żelechowa zajmuje nam około 20 minut. Ten czas to za długo na uratowanie kogoś z takiego pożaru. Ci ludzie po prostu by zaczadzieli. Dlatego tak ważna jest obecność na miejscu ochotników.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!