Reklama

Perspektywa śmierci, perspektywa życia

O swojej chorobie nowotworowej dowiedział się pod koniec lipca ubiegłego roku. Na początku sierpnia do osób, z którymi był w stałym kontakcie, rozesłał maile następującej treści: „Od jutra jestem w szpitalu z powodu poważnej operacji, do komputera wrócę, może, za kilka tygodni. Proszę o wsparcie modlitwą”.

Krzysztof Tchórzewski to znana w regionie postać. Jest posłem na Sejm, wcześniej był wojewodą siedleckim i dwukrotnie wiceministrem w rządach AWS i PiS. Gdy dowiedział się, że ma raka, przeżył szok. Skutkiem choroby jest nie tylko kilkanaście kilogramów mniej, które stracił, ale też przemyślenia i inny sposób podchodzenia do życia.

Przyszedł cicho i podstępnie

Nowotwór, który dopadł Krzysztofa Tchórzewskiego, okazał się nieprzewidywalnym przypadkiem. – Rósł nietypowo – mówi. – Dopiero kiedy go wycięto i zbadano, okazało się, że przez około osiem lat rozwijał się w spokoju, nie dając żadnych ubocznych objawów. Tak potajemnie, podstępnie szedł po ściankach, aż zaatakował znaczną część jelita grubego. Trzeba więc było wyciąć ok. 30 cm wraz z 23 węzłami chłonnymi. 

Początek walki z rakiem zaczął się bardzo banalnie. Na początku 2009 roku w Krakowie odbył się kongres PiS. W czasie kongresu Krzysztof Tchórzewski miał prowadzić panel, poświęcony energetyce. Wielka hala, zima, tłumy ludzi i przeciągi, więc przeziębił grypę, a następnie miał zapalenie oskrzeli oraz podejrzenie zapalenia mięśnia sercowego. Zamiast lepiej było coraz gorzej. – Myślałem, że to od nadmiaru pracy, dużej aktywności mój organizm jest osłabiony. W końcu na urlopie nie byłem już dwa lata – mówi K. Tchórzewski. 

Wtedy nie posłuchał jednak zaleceń lekarza rodzinnego, że kiedy poczuje się dobrze, ma zrobić badania. Nadszedł marzec, choroba jakoś dała się poskromić. - Czułem się dobrze, choć zauważyłem, że waga mi sukcesywnie spada. Nie przejąłem się tym, zrobiłem się zgrabniejszy. 

Z 83 kilogramów schudł do 74 kg, mimo że nie ograniczał posiłków. - Lubię jeść – komentuje - nie znoszę głodować. Syn zwrócił mi uwagę, że utrata na wadze to nie jest dobry objaw.

Na początku lipca w Siedlcach przypadkiem na ulicy spotkał swojego lekarza rodzinnego. – Panie Krzysztofie, jak pan marnie wygląda. Niech pan wreszcie zrobi badania – stwierdził lekarz. Wyjął z teczki bloczek i wypisał na ulicy skierowanie na badania krwi. Ale praca w Sejmie spowodowała, że dopiero pod koniec lipca poszedł na badania. – Na drugi dzień zadzwoniła pielęgniarka i powiedziała, że lekarz zalecił mi jeszcze dodatkowo zbadać mocz i kał. To mnie zaniepokoiło. Sądziłem, że skoro biegam, pracuję, robię to, co dotychczas i poza uczuciem zmęczenia czułem się normalnie, to chyba nic złego tam nie ma. Kiedy wiec usłyszałem od lekarza, że w kale wykryto utajoną krew, pomyślałem, że to niedobrze. Lekarz stwierdził, że w związku z tym należy zbadać stan jelit – wspomina K. Tchórzewski.

Dostał skierowanie do szpitala na kolonoskopię. Na ekranie komputera razem z lekarką obserwował, jak w jelicie przesuwa się głowica urządzenia. – Nie jest dobrze. Jelito jest zajęte - usłyszał. Pobrano 8 wycinków do dalszych badań. – Słowo zajęte – to mnie zaniepokoiło – mówi. Panią przeprowadzającą badanie poprosił o szczerą  opinię. – Koniecznie? – utwierdziła się. Po chwili odparła: – Na 95 proc. jest to nowotwór złośliwy. 

– Jestem jej za to wdzięczny, mimo wszystko chory powinien znać swój stan i odpowiednio wcześnie mobilizować się do walki z chorobą – mówi K. Tchórzwski. – W sytuacji ciężkiej choroby inaczej patrzymy na służbę zdrowia, łatwiej zauważyć pozytywne cechy osób tam pracujących, każdy pacjent wymaga indywidualnego podejścia, ta praca jest trudna, ciężka i stresująca.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości