Droga przez góry i przez siebie. Od modlitwy w Siedlcach po kąpiel w Morzu Adriatyckim, przez upały, awarie, włoską gościnność i codzienną walkę ze zmęczeniem jadą do celu. Rowerowa pielgrzymka do Rzymu.
Dzień 7 – Wiedeń wita pielgrzymów
Pierwszy tydzień zakończyli w Wiedniu – dokładnie po 771 kilometrach. Na miejscu przyjęła ich polska parafia i ks. Łukasz Skiba. Dzień upłynął na drobnych naprawach – urwana linka w przerzutce u ks. Radka, zerwany łańcuch u Alicji. Wszyscy tęsknili za dniem odpoczynku, który właśnie nadchodził. Niedziela miała być w całości dla ciała i ducha.
Dzień 8 – dzień bez roweru, za to ze sznyclem i herbatą
Po raz pierwszy spali naprawdę długo – nawet po dziewięć godzin. Wspólna Msza święta z Polonią Austriacką, obiad w postaci klasycznego wiedeńskiego sznycla, lody i spacery po zabytkach miasta – to był dzień pełen regeneracji. Wieczorem rozmowy, śmiech i planowanie kolejnych dni – choć przyznawali, że trochę już brakowało im jazdy.
Dzień 9 – znowu w drodze i pierwsza „guma”
Opóźniony wyjazd z Wiednia z powodu napraw rowerów nie przeszkodził im w pokonaniu 80 kilometrów. Po drodze – pierwsza przebita dętka w całej wyprawie, nocleg w salce parafialnej w Gloggnitz i Msza święta o świcie. Choć fizycznie było ciężko, duch nie słabł.
Dzień 10 – wjazd w Alpy i pierwszy poważny upadek
98 kilometrów przez alpejskie podjazdy. Już rano – 12 km pod górę, 2,5 godziny wjazdu i krótki zjazd. Wysokie temperatury i późniejszy deszcz dały się we znaki. Mateusz zaliczył groźnie wyglądający upadek, ale na szczęście nic poważnego się nie stało. Wieczorem, gdy wydawało się, że będą musieli rozbić namioty – z pomocą przyszła pani Ilse, prowadząca mały hotel przy kościele. Zaprosiła ich na nocleg, kolację i śniadanie – wszystko za darmo, gdy usłyszała, że jadą do Rzymu.
Dzień 11 – granica już blisko
121 kilometrów i trudne alpejskie podjazdy. Spędzili 12 godzin na rowerze, walcząc z wysokością i zmęczeniem. Wieczorem odpoczynek w gotyckim kościele w Sankt Veit an der Glan i cicha modlitwa. Choć wielu z nich bolało już wszystko, wiedzieli, że są coraz bliżej celu.
Dzień 12 – pierwszy dzień we Włoszech i... włoskie wojsko
Choć planowali przejechać 120 km, udało się pokonać tylko 82 – ale już po włoskiej stronie. Po drodze – kąpiel w jeziorze alpejskim, awaria bagażnika, naprawa siodełka trytytką i... przygoda z austriackim wojskiem. Wjechali do tunelu z zakazem jazdy dla rowerów, a po kilku minutach zatrzymała ich kontrola. Dzięki odrobinie aktorstwa – i szczęściu – obyło się bez mandatu. Nocleg znaleźli w parafii w Tarvisio, gdzie uczestniczyli we Mszy świętej z miejscowymi – a ks. Radek czytał po włosku. Marcin wymienił oponę już na włoskiej ziemi.
– Dwanaście dni po wyjeździe z Siedlec dotarliśmy do Włoch. 1152 km w nogach i wielka radość w sercach. Jedzie nam się bardzo dobrze, fizycznie jest ok, ciężej mentalnie, bo to już prawie dwa tygodnie w drodze. Spotykamy się z ogromną życzliwością i uznaniem. Cieszymy się każdą chwilą, którą możemy spędzić w drodze razem, wspólnota jest już naprawdę mocna. Dziękujemy za wiele słów wsparcia i towarzyszenia nam w wyprawie. To dla nas bardzo pomocne, zwłaszcza w chwilach kryzysowych – powiedział ks. Radek.
Dzień 13 – cudne widoki i wzruszające spotkania
Trasa z Tarvisio do Pordenone liczyła 121 km i prowadziła przez trasę Alpe Adria – jedną z najpiękniejszych w Europie. Po drodze spotkali wielu ludzi, w tym Polaków. Wieczorem Msza w parafii, w której gościli, i wzruszające spotkanie z Polką, która od 45 lat mieszka we Włoszech. Ze łzami w oczach dziękowała za Mszę świętą po polsku. Umówili się, że spotkają się również następnego dnia rano.
Dzień 14 – pierwsza guma u księdza Radka i wjazd do Wenecji
Tego dnia pokonali tylko 70 km, ale zgodnie z planem. Był to lekki dzień, zakończony przyjazdem do Mestre pod Wenecją. Po drodze – historyczna chwila: ksiądz Radek przebił dętkę po raz pierwszy od 2009 roku. Wieczorem wspólne rozmowy na tarasie i planowanie niedzielnego zwiedzania Wenecji.
Dzień 15 – Wenecja, wspólnota i nowi towarzysze
Dzień odpoczynku i odkrywania piękna. Po porannej Mszy świętej – wizyta w Wenecji: piękne kościoły, urokliwe place i labirynt kanałów. Dla wielu była to pierwsza wizyta w tym niezwykłym mieście. Do grupy dołączyli nowi towarzysze – Fabian i Michał, którzy mieli wspierać ich na dalszym etapie – na rowerze i samochodem. Wieczorem w Mestre temperatura wynosiła 28°C – niektórzy kolejny raz nocowali na tarasie.
Dzień 16 – upał, wiatr i kąpiel w Adriatyku
Najtrudniejszy fizycznie dzień od dawna. 107 km pokonane w temperaturze sięgającej 40°C w cieniu. Po południu zaczęło wiać prosto w twarz – doświadczyli na własnej skórze, co znaczy „biednemu wiatr w oczy”. Wiatr chwilami zatrzymywał rowery w miejscu, ale wieczorna kąpiel w Morzu Adriatyckim była nagrodą za ten wysiłek. Noc spędzili w parafii pod Rawenną.
Każdego dnia są bliżej celu, ale – jak mówią – Rzym jest tylko kierunkiem. Prawdziwym celem jest wspólne doświadczenie drogi, wspólnoty, modlitwy i przezwyciężania siebie.
Zdjęcia uczestników pielgrzymki.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pozdrawiam. Mijałem ich przed Comacchio. Nie wiedziałem, że to ziomki.
Ciekawe gdzie są Siedleckie kluby rowerowe ? Mogliby skopiować pomysł na podobne wycieczki.
Brawo dla Księdza! Zamiast z ambony narzekać na młodzież zabiera ich w drogę do Pana Boga. Oby więcej takich inicjatyw.
do Ciekawskiej: Siedlecki Klub turystyki Rowerowej DOKTOREK
Oni nie pielgrzymują do świętych miejsc
Pozdrawiam. Mijałem ich przed Comacchio. Nie wiedziałem, że to ziomki.
Ciekawe gdzie są Siedleckie kluby rowerowe ? Mogliby skopiować pomysł na podobne wycieczki.
Brawo dla Księdza! Zamiast z ambony narzekać na młodzież zabiera ich w drogę do Pana Boga. Oby więcej takich inicjatyw.