Dziekan Wydziału Sztuki Uniwersytetu w Siedlcach, dr hab. Tomasz Nowak, profesor uczelni. Niby wszyscy wiedzą, kim jest, bo występuje publicznie, tworzy i słynie z ciekawych projektów, a jednak mało kto wie, co mu w duszy gra, co myśli, czego się boi, co kocha. Laureat Nagrody Tygodnika Siedleckiego „Złote Skrzydła” zdradza dziś trochę swoich tajemnic.
Tomasz Nowak. Prywatnie – jedna i ta sama żona, jeden syn, jedna wnuczka. Zwierząt brak. Pracownia na poddaszu, tuż obok mieszkania, to osobista twierdza. Nie każdy może tam wejść. Inaczej niż do gabinetu dziekana, do którego drzwi wręcz się nie zamykają. Esteta. Lubi dobrze się ubrać i wyglądać. Lojalny w przyjaźni. Oprócz talentu, który zaprowadził go do miejsca, w którym dziś jest, ma pewien unikalny dar – wpływania na ludzi i dodawania im skrzydeł. I to w tak trudnej i wymagającej dziedzinie, jaką jest sztuka.
Na początku był Antoni Wróblewski... Brzmi nieco biblijnie, ale w końcu rozmawiamy o czymś tak nieoczywistym i metafizycznym jak sztuka i droga do niej.
– Antoni prowadził koło plastyczne. Udało mu się skupić wokół siebie grono ludzi, dla których sztuka była ważna. I ja tam byłem. To nie była nauka rysowania, szkicowania, to były rozmowy o sztuce, wspólne oglądanie fi lmów, polecanie książek. Wszechstronny rozwój, szeroki humanizm. Nigdy przedtem, ani potem, nie spotkałem się z taką edukacją. Antoni nie kreował się na mentora, a mimo to każdy czuł przed nim respekt, darzył go szacunkiem.
Te spotkania was kształtowały? Wiele „dzieci Wróblewskiego” związało swe życie ze sztuką, a tym, którzy sztukę „zdradzili”, Wróblewski do dziś towypomina.
– Pokazał nam, że sztuka to nie tylko umiejętność rysowania, malowania. Miliony są takich ludzi, którzy to robią. Ważne są: świadomość, wiedza i doświadczenie. Dlatego prowokował do czytania, oglądania, zadawania pytań.
To chyba było piękne przygotowanie także do Twojej roli pedagoga. Mówi się o Tobie, że jesteś nietuzinkowym i wybitnym pedagogiem. Przez lata słuchałam o tej twojej wyjątkowości, jak wspaniale prowadzisz zajęcia i jak poważnie traktujesz podopiecznych, choć niektórzy to dzieci. A tu wystawy jak dla zawodowców, plenery, prace muszą być oprawione, bo to nie jakieś tam „obrazki”... I ta determinacja dzieciarni i ich rodziców, żeby trafi ć do Nowaka.
– Może dlatego, że śmiertelnie boję się nudy, zajęcia mają być ciekawe dla mnie. Żebym się nie nudził, bo wtedy coś we mnie umiera. Więc gdy wymyślam kolejny temat, i padają pytania: „a jak to się robi?”, szczerze i z ulgą odpowiadam: „Nie wiem, zacznijmy i zobaczymy”. I zaczyna się piękny proces pełen niespodzianek i odkryć.
Ciągle mam z tyłu głowy Twoje powiedzenie, że sztuka to nic śmiesznego.
– Bo nie jest. Ba, czasem to wręcz nic przyjemnego. Czasem to wzruszenia, czasem rozczarowania lub zawiedzione oczekiwania. Bo i twórca, i odbiorca, oczekiwali czegoś więcej. Jeżeli chcesz tworzyć i mieć poczucie kreacji, zaproponuj coś, co obronisz.
W tym kontekście szczerość musi boleć…
– Do tej pory poszukuję dobrego sposobu przekazywania trudnych treści. Tak, by stworzyć z tego dialog, a nie popadać w mentorstwo i udzielanie wskazówek. Kiedyś studentka skomentowała jedną z ocen: „Słowa były ostre, ale w oczach było widać, że Nowakowi się podobało”.
I tu dochodzimy do dylematu: czy łatwiej komuś dodać skrzydeł, czy je podciąć. Ty słyniesz z tego, że dajesz dużo artystycznej wolności swym wychowankom. Że gdy przychodzą z pomysłem, najpierw słyszą: „róbcie”, a dopiero potem pada pytanie: „jak to zrobicie?”.
– Lubię ich słuchać, wiedzieć, co dzieje się w środku. Doświadczenie rozwija i budzi odwagę. Muszą zbierać te doświadczenia. Świadomość! Świadomość siebie, czego się chce, to podstawa. A ta wynika z wiedzy, sama umiejętność to za mało.
A nie wolność jest podstawą tworzenia?
– A co to jest wolność?
Że robię to, co chcę, co czuję właśnie.
– To anarchia. A ja do sztuki podchodzę poważnie. Ale... owszem, na mnie źle działa ograniczanie wolności. Dopiero gdy ją dostaję, wszystko wskakuje na swoje miejsce. Uczyłem się i uczę funkcjonowania w systemie edukacji, organizacji i hierarchii w trybie dozwolonej wolności.
Bywa coś w sztuce, co Cię irytuje?
– Łatwość nazywania siebie i osób, które cokolwiek zrobiły, artystami, malarzami…
Kiedy najlepiej funkcjonujesz twórczo? Tryb dzienny czy nocny?
– Kiedyś zarywałem noce, dziś wolę działać rano. Jak widać, wszystko ewoluuje, co tylko potwierdza moją teorię, że życie to proces.
Wydział Sztuki mocno namieszał w życiu miasta. Wprowadził twórczy ferment i mam wrażenie, że pozycjonuje Siedlce wysoko na polu kultury w kraju. Podoba mi się to, że „wychodzicie w miasto”, jesteście otwarci, sprowadzacie nowe rzeczy i trendy. Dajecie powiew czegoś nowego.
– Nie mieścimy się u nas, więc to naturalne, że wchodzimy w to miejskie życie. Widzę, jak wszyscy na tym zyskują, jak poszerza się krąg odbiorców, budzi się ciekawość i otwartość.
Nie masz poczucia straconego czasu? Że można było ten wydział stworzyć wcześniej?
– Szkoda energii na takie dywagacje, wszystko ma swój czas. Jest tu wspaniały, merytoryczny zespół. Ci młodzi ludzie mają wystawy i tworzą projekty w całym świecie, a swoją energią dzielą się z nami. Chciałbym za jakiś czas przyjść z balkonikiem na uczelnię i zachwycać się: o, tu jest jeszcze coś, o czym sam nie pomyślałem.
Wszyscy mówią, że dopiero się rozkręcasz, że Wydział Sztuki nabiera rozpędu.
– Został już wszczęty proces powołania nowego kierunku, opartego na interdyscyplinarności w sztuce. Brzmi tajemniczo, ale nie chciałbym teraz zdradzać szczegółów. Na pewno warto poczekać.
Czego się boisz w życiu?
– Małych ludzi i demonów.
Demonów?
– Są bardzo demokratyczne, każdego mogą dopaść, zawładnąć. I mają wiele twarzy.
Lubisz to, co robisz?
– Kocham! Jakie uczucie może być lepsze od tego, gdy kładziesz się spać i wiesz, co będziesz robić następnego dnia? Magia. Chyba znalazłem swoje miejsce na Ziemi.
Rozmawiała MARIOLA ZACZYŃSKA
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!