87-letni pan Roman spadł z noszy podczas transportu do karetki i uderzył głową o chodnik. Zmarł tego samego dnia. W Siedlcach rozpoczął się proces lekarza i ratowników medycznych, oskarżonych o nieumyślne spowodowanie śmierci pacjenta. Grozi im do 5 lat więzienia.
15 stycznia w sali rozpraw siedleckiego Sądu Rejonowego zderzają się dwie narracje. Z jednej strony chłodne, techniczne wyjaśnienia ratowników. Z drugiej – łamiący się głos córki zmarłego, która przez łzy opowiada, jak ostatni raz widziała ojca. Ratownicy mówią o nieszczęśliwym wypadku. Rodzina o tragedii, która nie powinna się wydarzyć.
Jest 20 sierpnia 2024 roku. Tuż po godzinie 17.00 Dorota Niemiałtowska jak co dzień odwiedza ojca w jego mieszkaniu na trzecim piętrze bloku przy ulicy Woszczerowicza w Siedlcach. 87-letni wdowiec żyje samotnie, ale córka regularnie się nim opiekuje.
– Tata jadł obiad. Potem pozmywał. Rozmawialiśmy – wspomina przed sądem ostatni spokojny dzień.
Następnego dnia , 21 sierpnia, około dziesiątej rano czeka jak zawsze na telefon od ojca. Nie dzwoni, więc córka telefonuje do niego. Raz, drugi, trzeci... Ojciec nie odbiera. Zaniepokojona jedzie do jego mieszkania. – Miałam klucze, weszłam i zobaczyłam tatę. Leżał na prawym boku, przy regale. Był nagi – mówi, starając się tłumić emocje, choć już widać, jak trudno jej wrócić myślami do tamtego dnia.
Pani Dorota przykrywa ojca prześcieradłem i dzwoni pod 112. Relacjonuje dyspozytorowi, co widzi: zasinienie na lewym ręku, zadrapana i zakrwawiona dłoń. Sprawdza, czy są guzy na głowie. Nie ma. Ojciec oddycha, ma otwarte oczy, ale nie reaguje na jej głos.
Na miejsce przyjeżdża zespół ratownictwa medycznego z siedleckiego SPZOZ RM-Meditrans: lekarz Tomasz Cz., ratownicy medyczni Kacper Ł. (kierowca) i Krzysztof M. To oni dzisiaj siedzą na ławie oskarżonych.
Kacper Ł. składa wyjaśnienia, posiłkując się notatkami. Przewodnicząca składu sędziowskiego odnotowuje ten fakt. Relacja Kacpra Ł. brzmi jak fragment podręcznika medycznego.
– Zastaliśmy mężczyznę na prawym boku, nieprzytomnego. Leżał na podłodze, nie poruszał się. Na pierwszy rzut oka była widoczna krew na podłodze oraz masywne zasinienia po prawej części ciała, które najprawdopodobniej wynikały z upadku i długotrwałego leżenia w jednej pozycji – wylicza.
Drugi ratownik, Krzysztof M., uzupełnia: kończyny dolne przykurczone, wykrzywiona twarz, gałki oczne rozbieżne, ciśnienie poniżej 90. – Praktycznie bez ciśnienia. Była krew pod pacjentem, mocna zaschnięta, zasinienie od barku aż do stawu kolanowego prawej strony ciała – zeznaje, po czym dodaje: – Ja stwierdziłem: „Doktorze to udar”. Doktor odpowiedział: „Raczej tak”.
Lekarz decyduje o szybkim transporcie do szpitala.
Kluczowa dla sprawy jest kwestia zabezpieczenia pacjenta na noszach. Ratownicy zgodnie zeznają, że pan Roman został położony na lewym boku.
– Próbowaliśmy ułożyć go na plecach, ale nie mogliśmy, bo istniało zagrożenie niedrożnością dróg oddechowych – tłumaczy Kacper Ł.
Nowoczesne nosze „Stryker” są wyposażone w komplet pasów: biodrowy, dwa nożne i dwa piersiowe. Według zeznań ratowników, zapięto pas biodrowy, pozostałych nie.
– Rozważaliśmy, by przypiąć pacjenta wszystkimi pasami, ale jego obrażenia uniemożliwiały nam to – zeznaje Kacper Ł. – Kończyny górne i dolne były przygięte do ciała. Przypięcie pasami piersiowymi mogło pogorszyć i tak ciężki stan pacjenta. Złamane żebra mogły przebić opłucną.
Krzysztof M. wtóruje koledze, odwołując się do „zdrowego rozsądku”: – Zapięcie pasów mogło spowodować śmierć, przebicie opłucnej i nawet do karetki byśmy go nie dowieźli.
Ratownicy podkreślają, że działali na polecenie lekarza, który, jako kierownik zespołu, nadzoruje procedury i podejmuje decyzje.
Gdy ojciec pani Doroty jest transportowany do karetki, kobieta wraca do mieszkania po dokumenty.
– Wyjrzałam przez balkon. Nosze stały przy klatce schodowej. Popatrzyłam, jak wkładają na nie tatę i wróciłam do mieszkania – relacjonuje. W tym momencie wbiegła sąsiadka. – Krzyknęła: „Sąsiadko, tatę zrzucili z noszy”. Natychmiast zbiegłam na dół.
Ratownicy mówią o nieszczęśliwym zbiegu okoliczności. Kacper Ł.: – W trakcie dojazdu do karetki w sposób zaskakujący przecięła nam drogę osoba, która prowadziła rower. Chodnik był nierówny. W momencie przecinania drogi przez tę osobę, lewe przednie koło noszy osunęło się z wysokiego krawężnika. W tym momencie pacjent wysunął się z noszy.
Krzysztof M. dodaje: – Ja złapałem te nosze. Mimo dużej staranności, jak ta pani z rowerem się pchała, ja, prowadząc nosze z tyłu, nie widziałem tego kółka, które spadło z krawężnika. Próbowałem złapać nosze i pacjenta, ale go nie sięgałem. Wysunął się razem z kocem. Ta plandeka to śliska rzecz.
87-letni mężczyzna uderza głową o chodnik.
Na miejscu jest już pani Małgorzata, druga córka pana Romana, do której zadzwoniła Dorota Niemiałtowska. Siostry biegną do karetki.
– Siedział lekarz z dokumentami na kolanach. Powiedział, że stan taty jest ciężki, że jest zaintubowany i będzie wieziony do szpitala. A sąsiadka nam powiedziała, że jeszcze ktoś widział ten upadek – zeznaje Dorota.
W szpitalu początkowo nie chcą wpuścić rodziny do pacjenta. W końcu do córek pana Romana wychodzą lekarze.
– Jedna pani doktor szyła tacie głowę, pytałyśmy, jaki stan, usłyszałyśmy, że bardzo ciężki, że biodro złamane, krwiaki jakieś. Powiedziałyśmy lekarzom, że tata wypadł z noszy. Doktor powiedziała, że dlatego miał tyle piachu w głowie przy szyciu – zeznaje pani Dorota. Gdy mówi dalej, głos zaczyna jej drżeć, po policzkach płyną łzy. – Jak zobaczyłam tatę, powiedziałam, że to nie jest on. Miał głowę zawiniętą, był cały pokrwawiony. Prawa strona w siniakach. Pytałyśmy, jak to się stało, skoro z domu był zabierany i nic nie było, a teraz jest zmasakrowany.
Lekarze informują, że trzeba zrobić tomografię. Ma to trwać dziesięć minut. Dorota, Małgorzata i wnuczka pana Romana czekają na korytarzu. Po 25 minutach wychodzi lekarz.
– Powiedział, że tata zmarł w drodze na badanie – mówi Dorota Niemiałtowska.
Dorota Niemiałtowska. Fot. MC
Prokurator Robert Więckiewicz, odczytując akt oskarżenia, nie ma wątpliwości.
– Nieprzypięcie pasami naraziło go (pacjenta – red.) na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia – podkreśla. Oskarżenie powstało w oparciu o opinię biegłych i wnioski z sekcji zwłok: Śmierć w wyniku ciężkich obrażeń głowy i klatki piersiowej. W ranie głowy drobiny asfaltu i smoły. Złamane niemal wszystkie żebra po lewej stronie. Krwiaki, stłuczenie mózgu, obrzęk, krwiogłowie. Zdaniem biegłych Nieprzypięcie pasami bezpieczeństwa naraziło chorego na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Według prokuratury do tragedii doprowadziły błędy i zaniechania personelu karetki. W dokumentacji medycznej, jak wynika z materiału dowodowego, nie ma słowa o tym, że pacjent spadł z noszy.
Obrońca oskarżonych, adwokat Ryszard Czwarnog, pyta ich, jak należy zabezpieczać pacjenta pasami?
– Wszystkie mają być zapięte, ale nie mogą przeszkadzać w czynnościach medycznych. Zdroworozsądkowo, by nie zabić pacjenta – odpowiada Krzysztof M. – Od zapinania pasów są odstępstwa, o tym decyduje kierownik zespołu. My, jako ratownicy, możemy coś sugerować, ale polecenie musimy wykonać.
Obrońca pyta o hierarchię w zespole ratunkowym. Dwóch ratowników zeznaje, że nadzór nad procedurami, transportem i ewakuacją sprawuje lekarz, czyli kierownik zespołu.
Ratownicy zgodnie zeznają też, że w firmie Meditrans przeprowadzono wewnętrzne postępowanie wyjaśniające.
– Ten incydent został zakwalifikowany jako wypadek. Był robiony eksperyment, przy użyciu tych samych noszy. To potwierdziło, że taka sytuacja mogła mieć miejsce – twierdzi Kacper Ł., a Krzysztof M. dodaje, że nieprawidłowości dotyczyły jedynie wypełnienia karty medycznej. – Ale lekarz miał na to zaledwie trzy minuty, bo pracował z nami fizycznie – zaznacza.
...dotyczą stanu pacjenta w momencie przyjazdu karetki. Ratownicy mówią o masywnych zasinieniach po prawej stronie ciała, krwi na podłodze, ciężkim stanie pacjenta sugerującym, że do upadku doszło wiele godzin wcześniej. Dorota Niemiałtowska zeznaje inaczej: nie było zasinienia ani plamy krwi, a nogi nie były podkurczone. Kolejna sprzeczność dotyczy rowerzystki. Pani Dorota zeznaje, że żaden ze świadków widzących upadek „chyba” nie wspomniał o rowerzystce. Świadkowie zdarzenia zgłosili się do rodziny, bo byli „przerażeni i wzburzeni”.
– Na miejscu upadku była plama krwi, przy studzience. Miała 15-20 cm – zeznaje pani Dorota. – Później sąsiadka przyniosła nam połamaną protezę taty, ona ją znalazła. Wiem, że były robione zdjęcia, jak proteza leżała na chodniku.
Lekarz Tomasz Cz. zachowuje milczenie. Nie przyznaje się do winy, odmawia składania wyjaśnień. Tak samo jak podczas postępowania przygotowawczego. Ratownicy też nie przyznają się do winy – działali zgodnie z procedurami.
Panie Dorota, Małgorzata i wnuczka zmarłego występują jako oskarżyciele posiłkowi.
– Tata był w podeszłym wieku, ale to mogło spotkać każdego, a szacunek każdemu się należy. Dlatego jesteśmy tu, w sądzie, dlatego powiadomiłyśmy prokuraturę. Nie szukamy zemsty – mówi po rozprawie pani Dorota.
Następną rozprawę wyznaczono na kwiecień. Będą zeznawać świadkowie, w tym osoby, które widziały upadek pacjenta z noszy. Nie będzie zeznawać rowerzystka, bo nikt do dziś nie wie, kim jest i czy w ogóle istniała.
Tekst i zdjęcia: MILENA CELIŃSKA
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
***nie umarł nie śmiercią naturalną (która de facto nie istnieje), tylko tragiczną. Teraz "młodzi" na tym łez padole roztrząsają sprawę - ciekawe czy sam zmarły by sobie tego życzył? Zamiast odpuścić, pochować godnie, to teraz bawić się w sądy. Niektórym naprawdę niezwykle się nudzi. Ehh...
Bezapelacyjnie jesteś d***
Oczywiście niech robią z ludźmi co chcą. Ciekawa jestem czy taka sama reakcja by była jakby sytuacja dotyczyła kogoś z Pańskiej rodziny.
***
Po pierwsze skoro ten pan leżał nie wiadomo ile na podłodze śmierć mogła być powikłaniem upadku i udaru. Po drugie oskarżając ratowników trzeba było oskarżyć i znaleźć tą osobę z rowerem***
Przesłuchać to trzeba opiekunkę która znalazła poszkodowanego a nie słuchać córki której niebyło na miejscu
Nie przeczytałem artykułu, bo mimo iż minęło 10 lat, to dotąd mam traumę, jak znosili moją Mamę z Jej - jak się okazało - ostatniego wyjścia z domu do szpitala. Bez żadnych zabezpieczeń, jak worek ziemniaków. Po schodach z zaledwie pierwszego piętra domu rodzinnego. Kilkukrotnie było o centymetry od uderzenia o schody. Byłem przerażony stanem Mamy, a to potraktowanie Jej przez obsługę ambulansu, bo słowo ratownik nie przejdzie mi przez gardło - do dzisiaj mam w głowie. Wyrazy współczucia dla Pani.
To się nazywa nadwrażliwość. Tak samo w kremacji czy grabarze nie płaczą nad każdym grobem czy zgonem. W ciągu dnia masz takich "pacjentów" razy X, razy X dni w tygodniu, przez 12 miesięcy w roku, przez LATA. Później takich "pacjentów" to się robi z automatu, a nie rozczula i pieści nad każdym. Radzę zejść na ziemię z tej wizji utopii.
***nie umarł nie śmiercią naturalną (która de facto nie istnieje), tylko tragiczną. Teraz "młodzi" na tym łez padole roztrząsają sprawę - ciekawe czy sam zmarły by sobie tego życzył? Zamiast odpuścić, pochować godnie, to teraz bawić się w sądy. Niektórym naprawdę niezwykle się nudzi. Ehh...
Bezapelacyjnie jesteś d***
Oczywiście niech robią z ludźmi co chcą. Ciekawa jestem czy taka sama reakcja by była jakby sytuacja dotyczyła kogoś z Pańskiej rodziny.