Śmigus-dyngus, czyli Lany Poniedziałek, ma korzenie sięgające czasów pogańskich. Skąd wzięła się tradycja oblewania wodą i dlaczego kiedyś była czymś więcej niż tylko zabawą?
Dziś śmigus-dyngus kojarzy się głównie z wodą, śmiechem i szybkim uciekaniem przed wiadrem. Ale jeszcze kilkadziesiąt czy kilkaset lat temu był to jeden z najważniejszych dni wiosennego świętowania – i wcale nie chodziło tylko o żarty.
Choć dziś śmigus-dyngus wpisany jest w kalendarz świąt wielkanocnych, jego korzenie są znacznie starsze niż samo chrześcijaństwo. Wywodzi się ze słowiańskich obrzędów powitania wiosny – tzw. Jarych Godów.
Woda była w nich symbolem życia, oczyszczenia i odrodzenia. Oblewanie miało „obudzić” przyrodę po zimie, zapewnić urodzaj i… szczęście w życiu osobistym.
Kościół początkowo próbował z tym zwyczajem walczyć – już w XV wieku pojawiały się zakazy oblewania wodą jako „pogańskiej praktyki”. Z czasem jednak tradycja została zaakceptowana i zyskała nowe znaczenie – jako symbol oczyszczenia i nowego początku.
Dawniej były to dwa oddzielne zwyczaje.
Śmigus oznaczał smaganie witkami i polewanie wodą – dla zdrowia i siły. Dyngus polegał na odwiedzaniu domów, składaniu życzeń i zbieraniu podarunków. Można się było też „wykupić” od lania – najczęściej pisankami albo jedzeniem.
Z czasem wszystko połączyło się w jedną tradycję, którą dziś nazywamy śmigusem-dyngusem.
Najwięcej emocji budził kiedyś zwyczaj oblewania panien. Była to forma zalotów – im bardziej dziewczyna była zmoczona, tym większe miała powodzenie.
Paradoksalnie więc… lepiej było zostać oblanym niż pominiętym.
Po wsiach chodzili dyngusiarze – przebierańcy z życzeniami, śpiewem i często z symbolicznym „kurkiem”. Za wizytę dostawali poczęstunek. Jeśli go zabrakło – potrafili zostawić po sobie drobne „niespodzianki”.
Współczesny śmigus-dyngus to przede wszystkim zabawa – szczególnie dla dzieci i młodzieży. Zamiast wiader częściej pojawiają się butelki czy pistolety na wodę, a zamiast obrzędów – po prostu radość ze wspólnego świętowania.
I choć dziś nikt nie traktuje tego już tak poważnie jak dawniej, warto pamiętać o jednej rzeczy:
jeśli ktoś nas symbolicznie pokropi wodą – naprawdę nie ma się o co obrażać. To raczej sympatyczny gest i kawałek starej tradycji niż złośliwość.
Oczywiście wszystko z umiarem – bo śmigus-dyngus ma bawić, a nie kończyć się przemoczonym do suchej nitki ubraniem i wizytą przy kaloryferze.
Jedno jest pewne – w ten dzień trochę wody nikomu jeszcze nie zaszkodziło, a uśmiech przydaje się bardziej niż parasol.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pamiętam jak jeszcze jakoś w latach '90 to niektórzy potrafili z okien zrzucać worki z wodą na ludzi wracających z kościoła :-).
Czy teraz nie ma na kogo zrzucać ?
Zrzucono mi kiedyś torbę foliową z wodą na przednią szybę samochodu w czasie jazdy. Na szczęście nie pękła
Szyba, czy torba ?
Pamiętam jak jeszcze jakoś w latach '90 to niektórzy potrafili z okien zrzucać worki z wodą na ludzi wracających z kościoła :-).
Czy teraz nie ma na kogo zrzucać ?
Zrzucono mi kiedyś torbę foliową z wodą na przednią szybę samochodu w czasie jazdy. Na szczęście nie pękła