Prezentujemy najnowszy felieton Dariusza Kuziaka.
Jestem UE, mogę wszystko
U babci w domu to były rzeczy, które dzisiaj tylko w skansenach pokazują. Na przykład dzieża wydłubana z drewnianego pnia. Drewnianą łopatę do wyciągania chleba z pieca używano chyba tylko od święta, do placków. Bo chleb powszedni był już jednak ze sklepu. Zimą w dużej izbie stał kołowrotek, na którym ciocia Regina przędła wełnę.
Wyjazd wozem do młyna (na górce pod Siedlcami) to była wyprawa na pół dnia. W jedną stronę zboże, z powrotem mąka w workach. I my, po uważnym zwiedzaniu cudów młyna, w przyprószonych mąką porciętach. Z mąki były pyszne placki i bułeczki. Trzeba było tylko uważać, żeby się w mące robaki nie zaległy. Bo jak się zalęgły, to niestety duża strata – cały worek był do wyrzucenia. Takie były wtedy żywieniowe przesądy.
Babcia, wujek Zbyszek, ciocia Regina – cóż, trzeba przyznać, pod względem konsumpcyjnym było to bardzo mało postępowe towarzystwo. Albo nawet całkiem zacofane. Robaków nie jadali i nam, dzieciakom, robaków nie dawali.
Bo taka nasza unia kochana to nie ma nic przeciwko robakom. Zawsze znajdzie też chętnych (i chętne), którzy wytłumaczą, jak pożywna jest larwa mącznika młynarka. Zwłaszcza larwa unijnym sosem podlana, szczyptą klimatycznego postępu przyprawiona. Można zjeść ze smakiem, a nawet oblizać się na przekór prostakom, co tylko schabowe i tatara przełknąć potrafią.
Brygiem Banbury (w opowiadaniu „Zdarzenia na brygu Banbury” Witolda Gombrowicza) kieruje despotyczny kapitan Clarke. Na statku najważniejsze są dyscyplina, posłuch i karność.
– Wszystko mogę kazać! Do kroćset diabłów! Jestem kapitanem! Wszystko mogę kazać! – piekli się „pierwszy po Bogu”. A załoga potulnie szoruje pokład.
Co jednak zrobić z turystą, który na statek przypadkiem się zaplątał? Co zrobić, by również on poczuł władzę, poznał kapitana?
– Jeśli nie pozwolę zapinać podwiązki i będzie chodził z opadającą skarpetką? Cóż wtedy? Do pioruna! Wtenczas pozna mnie, wtenczas będzie wiedział, kto jestem bo łydka jest włochata! – postanawia kapitan, pan życia i śmierci na statku.
Nieszczęsny przypadkowy turysta chodzi więc z opuszczoną skarpetką. Taka groteska w stylu Gombrowicza.
Czy w Europie nie mamy co jeść? Brakuje nam pszenicy? A może mąki żytniej? Cielęciny na sznycle wiedeńskie nam nie dostaje? Czy może wieprzków na schabowe? Ziemniaki nam pechowo na przednówku wymarzły? Pusto w supermarketach? Ależ skąd… To skąd ten unijny apetyt na larwy mącznika młynarka oraz odtłuszczony proszek ze świerszcza? Skąd chęć wzbogacenia europejskiego menu o szarańczę? No cóż, jak nie wiadomo, o co chodzi, to jak uczy mądrość narodów, zapewne chodzi o pieniądze. Ktoś chce na robalach zarobić.
Ale może bardziej chodzi o to, by Bruksela poczuła się jak kapitan brygu Banbury.
– Wszystko mogę kazać! Do kroćset diabłów! Jestem kapitanem! Wszystko mogę kazać! – piekli się brukselska (oraz lokalna, aspirująca) elita.
– Jak powiem, że macie jeść robaki, to macie jeść. A jak powiem, że macie chodzić z opuszczoną skarpetką, to macie chodzić. Nieważne, że to bez sensu. Tak wymyśliliśmy, więc obowiązuje! Jasne? Wykonać!
I o tym właśnie będą te wybory…
DARIUSZ KUZIAK
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze