Choć tylko nieliczni mogą zajmować się polityką, wszyscy jesteśmy zdolni ją oceniać. W sprawach publicznych nie uważamy dyskusji za kamień obrazy, lecz za konieczny krok wstępny do mądrego postępowania - Perykles z Aten, ok. 430 roku przed Chrystusem.
Wierzyć w demokrację oznacza rozumieć, że każdy obywatel jest mądry i ma głos. Nie powinniśmy się bać naszych obywateli, nawet gdy wyrażają poglądy różniące się od tych, głoszonych przez ich liderów - wiceprezydent USA, J.D. Vance, w roku 2025.
No i obraziła się nam Europa, śmiertelnie obraziła na Trumpa. No cóż, nic nie boli tak jak prawda. „Nie powinniśmy się bać naszych obywateli, nawet gdy wyrażają poglądy różniące się od tych, głoszonych przez ich liderów” - mówił wiceprezydent J.D. Vance w Monachium. A europejskie „elity” (cudzysłów nie bez powodu) zestrachane są jak diabli. Lista brukselskich strachów jest zresztą coraz dłuższa i wszystkie dotyczą Europejczyków: Żeby we Francji nie wygrała Le Pen… Żeby w Rumunii wybrali właściwego prezydenta, a nie tego, co akurat wybrali… Żeby w Niemczech byle kto, byle nie AfD… Żeby w Polsce był Tusk, bo nikt inny nie zrobi tak dobrze Europie… Żeby w Italii wsadzić jakiegoś swojego zamiast tej Meloni…
Przemówienie Vance’a okazało się dla europejskich elit wstrząsem. I nic w tym dziwnego. Tak to jest, gdy rojenia o potędze zderzają się z twardą rzeczywistością. Faktom, które przedstawił J.D. Vance, nie sposób zaprzeczyć. Można co najwyżej starać się wyprzeć je ze świadomości. Europejskie elity to właśnie robią. Przemówienie wiceprezydenta USA było jak okrzyk chłopca ze znanej bajki: „Cesarz jest nagi!”. Jeden Niemiec to się po tym wszystkim rozpłakał.
Wojna na Ukrainie trwa już trzy lata. Było dość czasu, by się po europejsku wykazać i wgnieść Putina w ziemię (co obiecywał Szymon I Płaczliwy, polityk równie wybitny jak Niemiec, co płakał). I co zrobiła wspaniała dumna z siebie Europa? A przecież miała tyle okazji… Tyle było telefonów na Kreml z Paryża i Berlina. Ale żadne z cudownych europejskich zaklęć nie podziałało.
Przecież skoro Ruskich nie załatwiły ani sankcje (omijane via Kazachstan), ani bojkot (w Rosji wciąż działa prawie 2,5 tysiąca niemieckich fi rm), to mogła Europa sięgnąć po inne niezawodne, niesamowicie unijne rozwiązania. Może „zrównoważony wzrost” zatopiłby Kreml? Może pogrążyłby Putina brukselski „mechanizm korekcyjny”? Ewentualnie „dostosowanie strukturalne” zrobiłoby mu krzywdę? Też nie? W takim razie z pewnością zadziałałaby „niskoemisyjna transformacja” albo „solidarna relokacja”. W ostateczności trafiłoby się w Putina plastikową zakrętką mocno przytwierdzoną do butelki.
No cóż, jeśli Putin naprawdę nie przestraszy się europejskiej zeroemisyjnej armii, to Brukseli pozostanie tylko rozwiązanie ostateczne - pomalować czołgom lufy na tęczowo. Na razie, profilaktycznie, Bruksela się obraziła. Nie, nie na Putina. Obraziła się na Trumpa. Nie przyjmuje do wiadomości.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze