Jeśli tysiąc lat temu Bolesław Chrobry (wtedy jeszcze nie król, lecz już o koronie rozmyślający) grzał swoje stare kości przy ognisku lub kominku a grzał przecież! - to dwutlenek węgla, wyemitowany wtedy z trzaskających
sosnowych polan - wciąż buja sobie nad nami.
„Około 60 procent wyemitowanego dzisiaj CO2 będzie obecne w atmosferze jeszcze za 20 lat, między 30 a 55 procent - za 100 lat, a od 15 do 30 procent utrzymywać się będzie nawet za kolejnych 1000 lat” - pisze Steven E. Koonin w książce „Kryzys klimatyczny? Prawdy, półprawdy i kłamstwa”. „CO2 nie ma takich cech jak smog, który bezpowrotnie ulatnia się kilka dni po ustaniu emisji. Potrzeba wieków, by nadmierna ilość dwutlenku węgla zniknęła z atmosfery”.
Tłumacząc z fizycznego na nasze: co prawda sporo zabójczego CO2 z domowego ogniska Chrobrego wchłonęło się (w drzewa, oceany, atmosferę) za Kazimierza Odnowiciela, całkiem sporo w czasach Bolesława Krzywoustego, ale reszta buja się nad Polską do dzisiaj, czyli do schyłkowego Tuska.
Bolesław Chrobry nie przewidział - bo przewidzieć nie mógł - że tysiąc lat później jego troska o komfort termiczny doprowadzi do klimatycznej paniki Gretę Thunberg. W jego czasach dzielne córy Wikingów nie spazmowały tak widowiskowo.
„Potrzeba wieków, by nadmierna ilość dwutlenku węgla zniknęła z atmosfery”… Co z tego wynika? Na przykład to, że nie warto nadmiernie martwić się, co będzie tysiąc lat do przodu. Wiemy o tym akurat tyle, co Chrobry o internecie w naszych komórkach. Czary…
W średniowieczu - jeśli już jesteśmy przy dawnych czasach - wcale nie było tak zimno, jak się nam zdaje. Bywało cieplej, znacznie cieplej… „Graudentum eques transire poterat Vistulam non natando, anno 1539” - zanotował kronikarz. Co znaczy, że w Roku Pańskim 1539 pod Grudziądzem można było konno przejechać Wisłę. Nie że wpław się przeprawić, ale po prostu przejechać.
W Europie zapamiętano raczej rok następny - pamiętny 1540, zwany z powodu braku opadów i wysokich temperatur - „suszą tysiąclecia”. Pożary szalały, studnie wysychały, młyny nie działały, bo w rzekach nie było wody. Zresztą nie bardzo było co w młynach mleć, bo pola nie rodziły. Apokalipsa.
Chcecie wiedzieć, jak się to skończyło? Pisze o tym Mariusz Kalwasiński w podsumowaniu artykułu: „1540 - rok wielkiej suszy”. Skończyło się dość nieoczekiwanie: „wkrótce po zakończeniu „suszy tysiąclecia” na półkuli północnej
rozpoczęła się mała epoka lodowcowa, która trwała do końca XIX wieku i przyniosła „zimę tysiąclecia” w 1709 roku oraz „rok bez lata” w 1816 roku”.
Już w następnym stuleciu zrobiło się tak zimno, że król Władysław IV miał powody, by lękać się o życie narzeczonej Ludwiki Marii, której fraucymer w drodze do Polski złapały siarczyste mrozy. Z królewskiego zamku ruszył z odsieczą transport futer. Najpiękniejsze z nich goniec przekazał osobiście Marii Ludwice. Niestety, w ferworze przygotowań zapomniano od futra odpruć etykietkę z nazwiskiem poprzedniej właścicielki - Rozyny von Eckenberg, kochanki króla.
Pojmujecie, co to był za skandal? Tak to się nam klimat zmienia…
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze